rewanż za DNF w 2023!
Decyzja o starcie była wynikiem zmiany planów i rezygnacji w tym sezonie z zagramanicznej górskiej przygody. Co się odwlecze... stay tuned!
1. Przebieg
Start ten miał dla mnie dwojakie znaczenie. Po pierwsze ambicjonalne udowodnienie sobie, że zeszłoroczny DNF to wypadek przy pracy. Po drugie górskie odcinki jako trening przed kolejnymi startami. Nominalna trasa (755km) uległa wydłużeniu o 10km z racji osuwisk po ulewach oraz remontów dróg. Jednocześnie Organizator Henryk Huzar przesunął start z 24:00 na 22:00 w piątek, 07.06.2024. Dla mnie tylko lepiej. Lista startowa od kilku tygodni pokazywała aż 8 śmiałków - w tym 3 ze startu w 2023. Kameralnie, "alpejsko", w sumie bez znaczenia ilu startujących, bo walka miała być ze swoimi słabościami. Wszystko układało się tak jak zaplanowałem. Jedynie 4 dni przed startem dopadła mnie jakaś infekcja i dopiero w dniu startu odstawiłem ibuprofen, którym się ratowałem. W dniu startu byle wysiłek powodował zimny pot. Było za późno na wycofanie się. Nie zrobiłbym tego swojej głowie. Najwyżej będzie długi trening - pomyślałem i punkt 22:00 ruszyliśmy na trasę Pięknego Zachodu 701.
![]() |
parszywa ósemka przed startem; fot.organizator |
Do pierwszego PK#1 Dąbrowa Bolesławiecka (137km) większość trasy pokonałem sam. Początkowo grupa niby uformowała pociąg, ale bez konkretnego pomysłu. Moje potrzeby fizjologiczne podjęły za mnie decyzję i zostałem w tyle. W efekcie jechałem swoim tempem wypacając ibuprofen. Po drodze organizator ustawił lotny PT, rozdając kanapki, które miały być nam wręczone na starcie. Niedługo po tym zobaczyłem w oddali charakterystyczną czerwoną dyskotekę - nasi jadą! Nie chciałem gonić, bo czułem się osłabiony. Zacząłem konsumować kanapkę żeby spowolnić swoje tempo jazdy. Po 10-15min jechałem już w grupie... Było nas pięciu, dwóch mieliśmy z przodu (1 i 2-e miejsce na mecie) i jeden kolega był za nami. Zapytałem Bartka (poznaliśmy się rok temu na tym samym maratonie - Bartek był jednym z czterech hardkorów [na 10 startujących], którzy dojechali do mety) schodzącego ze zmiany na przodzie jakim systemem jadą ? Odpowiedź: Takim, że przez 37km jechałem z przodu. No dobra, albo to układamy, albo się zawijam - pomyślałem. Jazda w nocy grupą jest bezpieczna, ale bez pasożytnictwa, to niehigieniczne. Zaproponowałem tryb 5km zmian. Pociąg ruszył. Gdzieś po drodze dwóch kolegów urwało się i pojechali przodem. Spotkaliśmy ich na PK#1, który osiągnęliśmy po 4h54min jazdy, czyli o godzinie 02:54. Mimo sprawnych ruchów całość operacji na punkcie zajęła nam 26min.
Pogoda nam nie dokuczała, temperatura 10C o 3ej nad ranem była przyjemną odmianą dla -2C rok temu w tym samym miejscu i 2h później. Ruszyliśmy w 5ciu w kierunku PK#2 Kaczorów (217km). Nic spektakularnego na tym odcinku się nie wydarzyło. Jeszcze przez jakiś czas udawało nam się trzymać tryb zmian 5km. Jednak od 180-190km zaczęły się pagórki i postanowiliśmy jechać swoje. Do PK#2 wjeżdżam o 6:40. Niektórzy już tam są, niektórzy dojeżdżają w między czasie. 35min pochłania zjedzenie żurku, smarowanie łańcucha i czterech liter, szybka kawa, ciasto, elektrolity, przebieranie - temperatura osiąga już 15C. Na koniec standardowe zdjęcie z Podgórzanką i nową figurą kolarza. Ruszam w kierunku PK#3 Witoszów Górny (277km). Szybko orientuję się, że trochę za mocno się rozebrałem. Na podjazdach jest ok, na zjazdach łapią mnie dreszcze. Być może to osłabienie i konsekwencje infekcji. Nogi mają siłę, jadę. Tankuję elektrolity, wciskam żele - pilnuję przyjętych interwałów podaży węgli. Dbam o elektrolity. Nie chcę odpaść przez głupie błędy. Pagórki zamieniają się w górki, nabieramy wysokości - nie każdy podjazd kończy się przyjemnym zjazdem. Od czasu do czasu ktoś mnie mija, później ja mijam kogoś. Niby oddzielnie, ale razem zmierzamy do PK#3. W Wałbrzychu wkurzam się na to jak inni łamią przepisy i lecą ulicą przy Parku Rusinowa oszczędzając czas na światłach, a ja stoję grzecznie na przejściu DDR tracąc 2 serie zmian świateł. No cóż, życie.
Do PK#3 docieram sam o 9:46. Na miejscu jest dwóch kolegów. Pochłaniam ciasto, kawę, przydziałową Pepsi i dopycham arbuzem. Cieszę się z wizyty w toalecie - żurek z PK#2 ruszył żołądek i węgle wrzucane w formie żeli nie zamuliły go. Przy okazji serwis smarowania podwozia. Ruszamy z Mirosławem w dalszą drogę. Kolejne 66km z 1200m przewyższeń - znałem to z poprzedniego roku. Można było się zmęczyć. Do tego zbliżało się południe, więc temperatura dawała się coraz mocniej we znaki.
W mojej ocenie oferta tego PK powinna zostać wzmocniona. To jest PK przed pierwszymi mocniejszymi podjazdami i samo ciasto oraz owoce licho wypadają przy naszym spalaniu na takiej trasie. Żele i batony każdy ma, ale porządna bułka lub najprostszy makaron byłyby tutaj dobrym pomysłem. Ładowanie w siebie chemii powinno być uzupełnieniem, a nie bazą. Uwagę przekazałem Henrykowi, zobaczymy czy w kolejnych edycjach coś się zmieni.
Razem z Mirosławem pokonywaliśmy kolejne podjazdy, z radością patrzyliśmy na 6% nachylenia przerywające 10-13-15% odcinki. ClimbPro w Garminie działało bezbłędnie, co miało zapiec to zapiekło. Przed cięższymi odcinkami tabletka mocy pod język i jazda. Wszystko podjechane. Z racji remontów musieliśmy, zgodnie z rekomendacją organizatora, obejść przeszkody/zapory i wszystko dało się przejechać. Oczywiście nie zabrakło walimskiego rajdowego podjazdu po kostce na ul. Janusza Kuliga. Dupska nam wytelepało, tak jak rok temu.
ulica Janusza Kuliga w Walimiu; ca. 4km podjazdu |
Do D-PK#4 OSiR Dzierżoniów (343km) wjeżdżamy z Mirosławem w sobotę o 13:42, za chwilę dojeżdża do nas Bartek, niektórzy z naszej 5tki już są na miejscu. PK#4 to duży punkt kontrolny i czekają tam na nas nasze przepaki. Przerzucamy niezbędne rzeczy, uzupełniamy zapasy, niektórzy przebierają się. Obsługa na punkcie to poezja. Dostajemy zupę krem z warzyw z kurczakiem i naleśniki. Ciasto, kawa, owoce. Kolejne smarowanie i ładowanie elektroniki. Dowiadujemy się też, że odpada nam ok. 30km odcinek przełęczy walimskiej, bo rozgrywany jest tam rajd i nie ma przejazdu. Skracamy drogę do PK#5 od razu za Srebrną Górą. Całość ruchów na PK zajmuje nam godzinę. Za długo.
asfalty premiumy; fot. Bartek |
Jest energia, jest siła, trzeba korzystać. Trochę się na końcu zamotałem i musiałem gonić naszą grupę, ale przed podjazdami w Myśliszowie byliśmy już razem. Srebrną Górę w tym roku podjechałem. Rok temu dużą część podprowadzałem. To na tym podjeździe uznałem, że problemy z lewym kolanem zagrażają mojemu bezpieczeństwu. W tym roku nie było mowy o takich myślach. Za Srebrną Górą zgodnie ze wskazówkami poleciałem w kierunku PK#5 Ludwikowice Kłodzkie (420km ->385km). Od tej chwili każdy kolejny kilometr podbija zaliczony dystans vs DNF z 2023. Oczywiście po drodze otrzymałem kilka wiadomości i telefonów od obserwatorów kropki na trackingu o pomylonej trasie i grożącym mi za to DSQ. W sobotę o 17:00 wjechaliśmy na PK#5 zlokalizowanym w Restauracji IBIZA. W międzyczasie grupa znowu się zebrała i była nas 5tka. Z jednej strony cieszę się z tego, że Henryk Huzar dba o świeżość przygotowywanych posiłków na punktach. Z drugiej strony jednak to zabiera sporo czasu. Czekaliśmy dobre 25min na swoje kotlety z frytkami. Nadal lepsze to od hot-dogów czy zimnych kanapek, jednak tutaj zegar nigdy się nie zatrzymuje. Całość kosztowała nas 50min postoju. Nogawki naciagnięte na kolana, kamizelka i ruszyliśmy.
dojeżdżając do PK#6 Jarkowice; fot. organizator |
Do PK#6 Jarkowice (445km) dojeżdzamy o 20:47. Na miejscu spotykamy kolarzy z dystansu Piękny Zachód 501. Od tego PK wszystkie kolejne mamy wspólne na trasie. Nie łączymy sił. Koledzy akurat ruszają w drogę. Sytuacja z przygotowaniem ciepłego makaronu z sosem ponownie zajmuje trochę czasu. Tutaj jednak nie ma to dla mnie znaczenia. Czuję, że powietrze ze mnie zeszło. Łapię zawiechy przy herbacie. Dowiadujemy się, że ostatni kolega - Rafał zrezygnował na DPK#4. Szkoda, ale tak to już jest. Spotkam się z nim na PTJ - posłucham co tam się zadziało. Kolejne smarowanie dupska - znajomy widok krwii na palcach nie wróży nic dobrego. Nie wiem jeszcze dlaczego, przecież smaruję prawię na każdym postoju, bibsy Pedaled kilkukrotnie już prane, jak jadę nie czuję żadnego dyskomfortu. Jem, ubieram się, rozpuszczam elektrolity. Po 60min toczymy się w kierunku najcięższych podjazdów: Karpacz, Szklarka, Świeradów.
na PK#6 w oczekiwaniu na makaron; fot. organizator |
na tarasie widokowym, niemiecki turysta ma rękę do zdjęć |
Rozbieramy się, czeka nas pagórkowaty teren do Piechowic, a za nimi podjazd pod Szklarkę. Nadal kaszlę, ale nie czuję już uderzeń ciepła. Nie mam dreszczy. Jakbym przepalił to dziadostwo. Jedynie żołądek nie daje o sobie zapomnieć. Szybki wywiad wśród kolegów i nie tylko ja mam "niepewność w kiszkach". Ciśniemy podjazd pod Szklarkę, 6-9-10-12-9-10-6% na 6-tkach odpoczywam, na dwucyfrowych depczę, czasami zygzakuję, ale jadę. Po 40 minutach docieramy do zakrętu śmierci, ubieramy się. Wciskam w siebie żel, z duszą na ramieniu przez stan mojego żołądka. 30min zjazdu do PK#7 Świeradów Zdrój (512km) staczam się walcząc ze snem. Ogólnie nie chce mi się spać, ale monotonia i tempo tego zjazdu, dodatkowo dźwięk bębenków naszych kaset działają na mnie usypiająco. Po 27h 50min od startu, czyli w niedzielę o 01:50 dojeżdżamy do PK#7. Dosyć długo, bo 40 minut zajmuje nam rozgrzanie się gorącą kawą, posilenie kanapkami, ciastem, szybkie toalety. O radości związanej z możliwością defekacji w cywilizowanych warunkach nie będę się rozpisywał.
Ruszamy, ostatni podjazd u podnóży Stogu Izerskiego na dobicie i dalej już tylko z górki. Atakujemy, 6-9-10-9-6-4-12% - mamy to! Ubieranie na szczycie, radość z zamknięcia odcinka górskiego u mnie ogromna. 520km za nami, do mety 215km - jest niedziela, 03:10. PK#8 Iłowa dopiero za 96km. Jedziemy, zmęczenie nas dopada i łapiemy kryzys, średnia spada do 20-23 kmh. W Lubaniu stajemy na Orlenie, kanapka, kawa, toaleta - już nawet nie myślę o smarowaniu. Żółądek się uspokoił - to cieszy. Piotrek i Robert czują się lepiej ode mnie Bartka i Mirosława - zachęcamy żeby pocisnęli dalej sami. Zostaje nas trzech. Z nadzieją wypatrujemy wiat przystankowych, jest 31-sza godzina jazdy, czyli 5 nad ranem. Podniósł się wiatr, wieje w nos, jest też ca. 8C. Nie są to sprzyjające warunki do power nap'a. Toczymy się w tempie 20-21kmh, byle tylko do PK#8 na obiecany rosół. Docieramy tam o 07:20. Rosół poprawia morale - wpadamy na pomysł żeby przetrzymać kryzys i podciągnąć tempo żeby urwać 40h na całej trasie. Na to mamy szansę. Łapiemy wiatr w żagle i o 09:45 meldujemy się na ostatnim PK#9 Lubsko (657km) - Robert i Piotr właśnie kończą jeść chińszczyznę oferowaną przez Bar Sajgonka. Mam wątpliwości po swoich przygodach żołądkowych, ale ostatecznie macham ręką. Od kilku godzin miałem spokój, kto nie ryzykuje... 23minuty zajmuje nam całość operacji na PK. Wypadamy z nową energią. Przed nami już tylko meta. Nie gonimy Piotrka i Roberta - chłopaki jadą po 3-cie miejsce. My jedziemy swoje, byle urwać 40h. Formujemy pociąg, próbujemy jechać po zmianach. Jest to bardzo ciężkie, bo każdy wierci się na siodle i pozostali nie wiedzą dlaczego ten z przodu przestaje pedałować. Przez ostatnie 100km miałem wrażenie, że siedzę na rozżarzonym siodle - zatarte podwozie paliło niemiłosiernie.
trzech zamykających z pięciu wspaniałych z parszywej ósemki |
W liczbach:
2. Wnioski i analizy
- nie był to sportowy wyścig w moim wykonaniu, obawa o ponownie nieukończenie i stan zdrowia tuż przed startem przełączyły mnie w tryb przetrwalnikowy - analizując parametry i zapisy z sensorów można dostać zajadów
- nie zawsze infekcja tuż przed startem osłabia tak mocno, że nie da się ukończyć dystansu
- do weryfikacji przyczyna zatarcia podwozia mimo smarowania i bardzo wygodnych bibsów
3. Sprzęt i ekwipunek
- suplementacja: żele SIS, żelki Haribo, elektrolit keto, tabletki mocy
- torby: Tailfin ca. 5kg; 2x food pouch MPP; Apidura top tube short
- ubrania: bibsy Pedaled Odyssey, koszulka Pedaled Odyssey, kurtka Rapha Brevet Insulated, kamizelka Rapha Brevet, rękawiczki długie Assos spring/fall, nogawki Pedaled, rękawki Castelli UPF50 + ciepłe POC, owiewy na buty Assos spring/fall - wszystko perfekcyjnie się sprawdziło