Podbijamy życiówkę !
1. Przebieg
Start maratonu podzielony jest na start honorowy w Świękitkach - tam też znajduje się meta. Start ostry odbywa się w Miłakowie. Ruszyliśmy w 4 osobowej grupie startowej.
Do PK#1 Lidzbark Warmiński (58km) grupa się wykruszyła, a dokładniej ja się wykruszyłem 🤣. Dojechałem po 1h43min i zatankowałem na PK#1 w czasie 7 min. Jak na mnie to dobry wynik. W dalszą drogę złapałem się z inną ekipą. Do PK#2 Srokowo (136km) dojechałem po 3h, tym razem w grupie. Zjadłem naleśniki i zupę, zmieszałem nowe porcje elektrolitów w bidonach i po 16min ruszyłem dalej solo.
W drodze do PK#3 Gołdap (195km) złapał mnie deszcz. Niby tylko gęsta mżawka, ale wszystko było przemoczone i ciągła potrzeba przecierania okularów wytrącała z rytmu. Toteż największą radością na PK#3 nie był prowiant, a wspaniała obsługa, która wyposażona w ręczniki papierowe i nawilżone chusteczki oferowała serwis higieniczny okularów. To był game-changer. Od Gołdapii deszcz chwilowo odpuścił.
Do Dużego-PK#3 Kalinka (243km) wtoczyłem się po 9h15min jazdy od startu w towarzystwie Marcina z Team PKO. Dobrze nam się razem jechało. Mieliśmy podobne możliwości i cele w tym wyścigu. Na dużych PK do dyspozycji mamy oddane na starcie tzw. przepaki. Worek zapewniony przez organizatora ograniczał możliwości zapakowania połowy szafy. Jednak uzupełnienie zapasów żeli, zmiana bibsów czy koszulki przed nocną jazdą dawała odrobinę świeżości. Niestety brak doświadczenia i sprawnych ruchów kosztował mnie 1h na tym punkcie. Ruszyliśmy z Marcinem w kierunku PK#4 Sejny (298km). Nie wiem czy to kwestia ciepłego posiłku czy jednak zbyt mocnego tempa, ale od startu z PK#3 zaczęła mnie dopadać bomba. Marcin po koleżeńsku dostosował swoje tempo, jednak na dłuższą metę ta prędkość dla niego nie miała sensu. Na PK#4 za moją namową postanowił się urwać i poleciał swoim tempem. Ja natomiast przeżywałem jedną z większych bitew w mojej głowie. Jadłem i piłem, ale jednocześnie miałem ochotę to wszystko zwrócić. Do tego telepało mnie z zimna mimo, żę niektórzy jechali w krótkim rękawku. Bomba klasyk w najczystszej formie. Psychicznie też śednio, byłem w najdalej oddalonym od startu punkcie trasy i ewentualna rezygnacja i tak niwiele dawała. Wiedziałem, że najlepiej najeść się, uzupełnić płyny i przeczekać lub zacząć się toczyć. Niestety PK#4 to niewielki drewniany bar tylko z zadaszeniem - bez szans na zdrzemnięcie się i ogrzanie. To de facto wyszło mi na dobre, bo zmusiło do skrócenia postoju (18min) i zabrania się z 6-7 osobową grupą.
Gdy tylko ruszyliśmy z Sejn (22:00), pogoda postanowiła nas umyć i całą drogę do PK#5 Kordegarda (362km) padał deszcz. Zaliczyliśmy oberwanie chmury w okolicach Augustowa. Mimo to, jazda po zmianach i umiarkowane tempo z racji aury i słabej widoczności, pozwoliły mi na podładowanie węgli i złapanie oddechu. Do PK#5 dojechaliśmy 40 minut po północy. Jakkolwiek udało mi się zatankować kalorie i odzyskać energię, to deszcz i chłód skutecznie nas wyziębiły. W efekcie spędziliśmy 40minut na jedzeniu i dogrzewaniu. Skorzystałem z rady trenera i zalałem gorącą herbatę do zwykłego bidonu. Szybko zmienił on swój kształt, ale przez pierwsze 30min od wznowienia jazdy miałem ciepły napój, który pozwolił lepiej się przygotować na najchłodniejsze godziny, które nas czekały. W okolicach godziny 4ej dojechaliśmy do PK#6 Wydminy (425km) - na tym etapie miałem na sobie już wszystkie warstwy jakimi dysponowałem: termiczny longsleeve, koszulkę z krótkim rękawem, bluzę rowerową z długim rękawem, kamizelkę z membraną i kurtkę przeciwdeszczową. Temperatura spadła do 7-8C, zatem to efekt wycieńczenia organizmu. Ponownie zalana herbata do bidonu, uzupełnione elektrolity, posiłek i byłem gotowy do drogi. Ja byłem, ale moja grupa nie. Chciałem pojechać solo, ale uznałem, że poza bezpieczeństwem jednak w grupie jadąc po zmianach per saldo odzyskam to co teraz urwę. Gdzieś w okolicach Rynu minąłem Marcina, którego dopadło to co ja przeżywałem w Sejnach. Dowiedziałem się o tym w kolejnym dniu.
Po drodze do PK#7 Reszel (525km) grupa postanowiła zjechać na Orlen w Mrągowie. Ok, szybka toaleta, lekkie tankowanie, dupska smarowanie i jazda. Niestety rozpoczęła się tam gruba biesiada, po 20 minutach podziękowałem za towarzystwo i ruszyłem sam dalej. Była godzina 07:40, zaczynało się ocieplać, byłem mega zatankowany i pełny energii. Miałem wrażenie, że rower sam jedzie. Do PK#7 doleciałem solo mijając kilku zawodników. Na miejscu wciągnąłem naleśniki, przebrałem się i ruszyłem w stronę mety. Mijałem kolejne osoby, co mocno poprawiało moje morale. Jakość asfaltów niestety zmuszała do ciągłego balansowania na granicy wytrzymałości opon oraz opóźnionej reaktywności zmęczonego ciała. Do tego w głowie męczył zbliżający się najgorszy podjazd przed Radostowem, który de facto wszedł jak wściekły pozwalając nawet wyprzedzić dwie kolejne osoby.
Wiedziałem, że mój organizm dostał mocno w kość i takie "fruwanie" nie potrwa długo. Jednak wizja mety za 30-40km pchała mnie jeszcze mocniej i "jechałem wszystko" 💪. Przed Lubominem wyprzedziłem jeszcze jedną osobę. Byłem na granicy wytrzymałości mojego pęcherza, który już od 30min sygnalizował stan alarmowy. Odjechałem koledze na 150m i zrobiłem szybki pit-stop. W tym czasie oczywiście mnie wyprzedził, więc ruszyłem w pościg. Zgodnie z przewidywaniami 11km przed metą zaczęło mnie odcinać. Wlałem w siebie wszystkie żele i płyny chociaż wiedziałem, że i tak nie zdążą już zadziałać. Na ostatnich dwóch kilometrach przed metą wyprzedziłem po raz drugi zawodnika #168. Dojechałem 39 na 118 klasyfikowanych w kategorii OPEN. Mam to!
Liczby:
2. Wnioski i analizy
- jeżeli jedziesz chociaż trochę sportowo to jest duża szansa, że bomba i tak Cię dopadnie - kwestia kiedy i co z tym zrobisz - trzeba mieć plan działania i się go trzymać... za wszelką cenę
- jazda w grupie to nie tylko zysk z jazdy po zmianach - trzeba porzucić sentymenty i odrywać się jak tempo nie pasuje, a warunki pozwalają
- najtańsze dętki z Decathlon'u robią robotę i są mega wytrzymałe - to po co przepłacać?
3. Sprzęt i ekwipunek
- opis roweru w sekcji Sprzęt na górnym menu
- Apidura Top Tube Long i paśnik od Apidura sprawdziły się mega