Lubuska Szosa pojawiła się w moich planach z dwóch powodów. Po pierwsze jako kolejny trening i doświadczenie przed sierpniowym wydarzeniem sezonu startowego - Bałtyk-Bieszczady Tour 1008 km (BBT) - będącym realizacją marzenia. Po drugie, jako potencjalne koło ratunkowe w uzyskaniu kwalifikacji do startu w BBT - drugi powód okazał się nieistotny, bo Pierścień Tysiąca Jezior (PTJ) pojechałem przyzwoicie. Podczas Lubskiej Szosy chciałem przetestować podrasowaną strategię żywieniową, po euforycznym odkryciu jak mocno poprawiła moją wydajność podczas PTJ. Podciągnięte CHO do 75g/h, podciągnięte proteiny do 20g/h. Precyzyjnie wyliczone i rozplanowane w interwałach 30min. Po aptekarsku, czyli nierealnie. Moja data-driven natura nie pozwalała jednak zrobić tego inaczej.
2. Przebieg
Start mojej grupy z kategorii SOLO zaplanowano na godzinę 8:10. Podobnie jak na Pięknym Zachodzie (PZ), na 5 dni przed startem dopadło mnie przeziębienie. W piątek czułem się już przyzwoicie i odstawiłem leki, niestety w dniu startu ponownie miałem 37,8 C - zrezygnować jednak nie planowałem. Doświadczeń w jeździe na granicy gorączki jeszcze nie miałem, toteż postanowiłem realizować swój plan. Sytuacja przed startem była dosyć nerwowa, bo niestety nie mogłem na noc zabrać roweru do pokoju hotelowego i całość przygotowań oraz dopakowywania musiałem zostawić na rano. Nerwowe i szybkie ruchy połączone z ibuprofenem zapociły mnie przed startem. Ruszyłem weryfikując w głowie czy wszystko zabrałem, przygotowałem i sprawdziłem. Nie był to perfekcyjny start. Głowa tak ładnie wysterowała tętno, iż przez pierwsze 30min możnaby uznać, że cisnę sprint.
Grupa startowa była dosyć mocna i w efekcie szybko zostałem w tyle. Asfalty bajeczne, wyłożyłem się na lemondkach i jechałem swoje. Organizm zdawał się specjalnie nie protestować, więc podciągałem moc. Co jakiś czas wyprzedzałem pojedynczych kolarzy open, mnie za to wyprzedziła ustawiona w późniejszych grupach startowych mocna konina kategorii solo. Poza tym, nic ciekawego - "ultrakolarska nuda".
![]() |
złapany tuż przed startem; fot. RoweremPoSwojemu |
Na PK#1 Żagań (89km) wjeżdżam po 2h54min od startu. PK "namiotowy", zorganizowany na terenie muzeum. Szybki refueling elektrolitów, proteina w proszku w 500ml wody pochłonięta, 7days na trzy ugryzienia wpadł do paszczy, a kanapka z serem do kieszonki spodenek. Całość zajęła 10min. Rzut okiem na rozpiskę żywieniową na kolejny 114km segment do PK#2 i w drogę.
Jadę tak jak noga pozwala. Od około godziny nikt mnie nie wyprzedził. Sprawdzam czy faktycznie jestem na trasie, a może jadę ostatni ? Wszystko ok, ufff. Łapię wiatr w żagle i wyprzedzam kilka osób. Wciskam kolejne żele, zgodnie z tabelką - czyste, z elektrolitami, z alternatywami kofeiny - faktycznie na mnie działają. Nawet jeżeli to tylko mechanizmem placebo. Czuję, że mam z czego kręcić waty. Nogi mają siłę, HRy w dobrym zakresie. Zapomniałem już o infekcji, nie mam gorączki, nie dorzucam kolejnych tabletek ibuprofenu. Podaż płynów zakłada 950ml/1,5h, to wymusza dodatkowy postój przed PK#2. Na wjeździe do Lubska mam wytypowany Orlen. Uzupełniam bidon, w bonusie pochłaniam Monstera.
Do PK#2 Krosno Odrzańskie (203km) dojeżdżam o 15:20. Punkt zorganizowany w szkole podstawowej, realizuję standardową procedurę rozszerzoną o serwis smarny łańcucha i czterech liter. Kosztuje mnie to sporo czasu z racji kolejki do toalety. Gdyby nie chęć odświeżenia warstwy kremu odpuściłbym. Na wyjściu z budynku pochłaniam kilka łyków zupy i po 23minutach od przyjazdu ruszam na kolejny 145km odcinek w kierunku Dużego Punktu Kontrolnego.
Od wznowienia jazdy czuję, że mój żołądek jest ciężki. Czyżbym przegiął z suplementami ? Niestety na 275km zaliczam awaryjną wizytę w krzakach.
Do dzisiaj do końca nie mam pewności co spowodowało problem żołądkowy. Z jednej strony przez tydzień katowałem się ibuprofenem, z drugiej podrasowana "na oko" strategia żywieniowa też nie była obojętna i układ trawienny miał pełne ręce roboty z przetwarzaniem wszystkich proszków, żeli, batonów i elektrolitów. Coś definitywnie nie zagrało.
Zgodnie z planem na Orlenie przed Sulęcinem uzupełniam bidony, postanawiam też przyjmować węgle tylko razem z wodą odstawiając wszelkie żele i batony do czasu poprawy sytuacji z żołądkiem. Ma to swoje konsekwencje. Nie jesz - nie jedziesz. Organizm krzyczy o kalorie, a podaż z samego płynu to stanowczo za mało żeby generować konkretne waty. Będzie za to materiał do analizy i przemyśleń.
![]() |
w drodze na PK#2; fot. RoweremPoSwojemu |
![]() |
wjazd na metę; fot.RoweremPoSwojemu |
Ostatni 80km odcinek to mieszanka fragmentów mokrych i suchych. Makaron z PK#4 postawił mnie na nogi, mam siłę deptać. Przyspieszam i wyprzedzam kilku zawodników. Niestety koszt czasowy problemów żołądkowych jest duży. Chciałem złamać 19h, a dojechałem w 20h 3min. Żołądek na pewno mi przeszkodził, jednak było także sporo innych błędów.
W liczbach:
2. Wnioski i analizy
- formuła solo to moje odkrycie w 2024 - zostanie ze mną na długo
- strategia żywieniowa do weryfikacji - proteiny w proszku do eliminacji, trzeba poszukać alternatywy, 75g CHO/h to wydaje się też być dużym wyzwaniem dla jelit, które na codzień funkcjonują w trybie diety keto (wypaczonej, ale w 80% zgodnej z założeniami)
- nogi i głowa były na dobrym poziomie, a deszcz to dobra szkoła przed kolejnymi startami
- czas na PK - wiadomix, do poprawy 😞
3. Sprzęt i ekwipunek
- suplementacja: żele i żelka SIS, carbo SIS, protein bar SIS, elektrolit keto+NaCl 😎
- torby: Cyclite AeroFrontBag, 2x food pouch; Apidura top tube long
- ubrania: bibsy Pedaled Odyssey, koszulka Pedaled Odyssey, kamizelka Rapha Brevet, rękawiczki długie Assos spring/fall, nogawki Assos 3/4, rękawki Castelli UPF50; ochraniacze przeciwdeszczowe Assos RainBooties