sobota, 9 listopada 2024

2024/08 Bałtyk Bieszczady Tour 1008km / 1 014km / 5 750m ⬆️ (OPEN)

 


 przydługo o spełnianiu marzeń o kolejnym tysiaku

  1. Background 

    Bałtyk-Bieszczady Tour (BBT) 1008km to pierwszy wyścig ultra, z którego relację w 2018 roku obejrzałem na YouTube. Poziom trudności imprezy, był w mojej ówczesnej ocenie zarezerwowany tylko dla ultra-twardzieli i wymiataczy kolarskich o najmocniejszych organizmach. Przejechać całą Polskę na rowerze? Pokonać trasę między oficjalnie najbardziej oddalonymi miejscowościami w naszym kraju? Dosyć szybko stało się to moim marzeniem. Ośmielony ukończeniem Maratonu Północ-Południe (MPP) 1000km w poprzednim sezonie, BBT wpisałem w kalendarz startów 2024 jako wydarzenie roku. Cel jaki postawiłem sobie, poza dojechaniem do mety, to urwanie 55h (MPP pokonałem w 57h 12min). Chciałem zarówno zredukować czasy postojów na punktach kontrolnych, jak i podnieść średnią prędkość jazdy. Asekuracyjnie zapisałem się na start w trybie OPEN. 

2. Przebieg 

    Wyjazd zaplanowałem na piątek o 11ej, ale pakowanie i przygotowanie sprzętu zajęło więcej czasu – obowiązki służbowe uniemożliwiły mi przygotowania w czwartek. Ostatecznie z Mieczysławem wyjechaliśmy z Warszawy o 13:30. Długo nie nacieszyliśmy się jazdą, bo na A2 był wypadek na wysokości Łowicza i w korku straciliśmy 2h. W efekcie nie było szansy na normalną kolację i zjedliśmy w McDonaldzie przy stacji paliw. Chyba tylko nawadnianie i ładowanie węglowodanów poszło zgodnie z planem. Po 22ej dojechaliśmy do kwatery, zasnąć udało mi się dopiero o 2ej nad ranem, budzik zadzwonił o 6:30.  

    Od tygodnia prognoza pogody pokazywała temperaturę 30-34C w sobotę i niedzielę z wiatrem 20kmh z południa i południowego wschodu. Dla poruszających się z Wolina w kierunku Bieszczad to dokładnie prosto w nos. 

tuż przed startem; fot.Mieczysław

    Na start dojechaliśmy z zapasem czasu na przygotowanie roweru, zapięcie torby Tailfin i odbiór trackera oraz nadanie przepaków i plecaka na metę. Przed startem zbijam piątkę z Marcinem z PKO Team. Kilka uderzeń miotłami od kultowych Wiedźmuch i dokładnie o 08:45, w sobotę 24.08.2024 ruszam na 1014km kolarskiej przygody. Każda grupa startowa liczyła 6 kolarzy. Na parkingu widzę mojego Treneiro - Radosława, okrzyki zagrzewające do jazdy zastępują przywitanie. Dosyć szybko formjemy z kolegami z grupy startowej pociąg i rozpędzamy się do 30-32kmh. Niestety prognoza w zakresie kierunku i siły wiatru potwierdza się – wieje centralnie w nos, a czasami z ukosa. Jazda w kategorii OPEN w takich chwilach daje przewagę i zmiany co 5km pozwalają na utrzymywanie przyzwoitej prędkości. Podrasowana strategia żywieniowa po doświadczeniach z Lubuskiej Szosy 500 weszła w fazę realizacji. 65g CHO/h pochłaniam z bidonu wzmacniając żelami z elektrolitami. Drugi bidon tylko z elektrolitami domiszkowanymi 1g soli kuchennej zapewnia uzupełnienie pełnej matrycy minerałów, które szybko pojawiają się na koszulce w formie białego nalotu. PK#1 Płoty (62km) osiągamy po 2 godzinach jazdy. Szybkie tankowanie płynów i rozrabianie przeróżnych proszków, 7days’a wciągam na 3 gryzy. Całość zajmuje nam 5min. Jestem dumny z naszej grupy. Oby tak dalej!  

    Grupa nam urosła, z PK1 zabrało się kilka nowych osób. Po drodze zgarniamy kolejnych zerwanych z innych grup. Ktoś nam też się urywa, per saldo rośniemy do 10 osób. Po drodze mijamy ambulans i policję na bombach. Niestety jeden z uczestników miał wypadek. Kask roztrzaskany, krew, utrata przytomności, drgawki. W chwili, gdy mijamy miejsce zdarzenia już się porusza – zabrano go jednak do szpitala. Dokładnie po 2 godzinach dojeżdżamy do PK#2 Drawsko Pomorskie (115km). Drugi parametr prognozy pogody także się potwierdza - powietrze nagrzało się już do 30-32C. Punkt kontrolny oferuje pyszne kanapki, owoce, żele, wodę i pewnie fefnaście innych rzeczy, których nie zauważyłem. Wiozę swoje węgle, a poluję jedynie na stały bezpieczny pokarm. Kanapka wjeżdża jak wściekła, owoców unikam. Rozpuszczam węgle i elektrolity z dodatkiem soli kuchennej – widzę kątem oka dziwne spojrzenia jak wsypuję sól do bidonu. Wypijam 125ml buteleczkę napoju białkowego - dobrego jakościowo białka nie mam skąd wziąć w innej formie. Proszek i batony białkowe podczas Lubuskiej Szosy pokazały mi środkowy palec i w efekcie zwiedzałem przydrożne zarośla. Grupa urosła, więc pojawiają się standardowe problemy z zebraniem ekipy do wznowienia jazdy. PK2 kosztuje nas 17minut. O połowę za długo. 

w tych warunkach pogodowych trzymam w dłoni równowartość nerki lub wątroby
(prodakt plejsment niezamierzony)

    Kolejny PK#3 Piła (223km) dopiero za 108km, wymusza to na nas dodatkowy postój na tankowanie. Znajdujemy przydrożny sklepik, grupa liczy 8 osób, a umiarkowanie sprawne ruchy zajmują nam 12min. Jest coraz goręcej, zaczynamy czuć wpływ temperatury na naszą wydolność. Zmieniamy tryb zmian z 5km na 5min. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Pociąg porusza się jednak niestety wolniej - 28 kmh. Nadal są 32C i nadal wieje nam w nos lub w prawy bok. Grupa próbuje ustawiać wachlarz jednak poza stwarzaniem większego zagrożenia na drodze nic z tego nie wychodzi. Nie jesteśmy zgrani, poznaliśmy się dopiero w dniu startu. Jazda na zakładkę kończy się nerwowym odbijaniem w bok, a tym samym robieniem dużych przerw i niejednokrotnie zajmowaniem dwóch pasów ruchu. Podjeżdża do nas samochód i zrównuje prędkośc - będzie awantura... Okazuje się, że to Trener Radosław. W kilku żołnierskich słowach sugeruje porzucenie szyku jazdy w stylu "rój" i poukładanie zespołu, żeby nas nikt nie rozjechał. Próbuję nad tym zapanować, niestety bezskutecznie. Do PK3 dojeżdżamy o 17:13. Spotykam Michała Maurycego, z którym znamy się z Pięknego Wschodu 2023. Punkt oferuje makaron z sosem „mięsnym”, wciągam 2 porcje. Pozostałe ruchy te same. Niesamowitą frajdę sprawia nam możliwość polania głowy wodą z prysznica – toalety są zorganizowane na terenie szatni stadionu, który dawno swoje najlepsze lata ma za sobą. Nie ma to jednak znaczenia. Moczę dodatkowo czapkę i rękawki żeby cieszyć się chłodem kilka minut dłużej. Całość zajmuje nam 22 minuty. Sporo, potrzebowaliśmy jednak dodatkowych minut na schłodzenie. Skład grupy kolejny raz się zmienia, ale mamy 5ciu stałych: 2x Maciek, 2x Adrian, Paweł. 

gdzieś pomiędzy PK#2 - PK#3; fot. www.lobez24.pl
    Ruszamy w kierunku dużego punktu kontrolnego z przepakami. Poza Pawłem wszyscy mamy tam swoje worki z ekwipunkiem. Makaron z PK3 i brak wzniesień pozwala utrzymywać 28kmh mimo zmęczenia i nieustającego wiatru. Temperatura zaczyna spadać, a to poprawia nasze morale. Na DPK4 Żnin (314km) dojeżdżamy po 12h od startu, czyli o 20:45. Niestety nasza radość z możliwości skorzystania z dużego punktu szybko zostaje boleśnie zweryfikowana. Punkt przeładowany, nie ma co zrobić z rowerem, ostatecznie kładę po prostu na ziemi. Szatnie do przebrania się mają tylko jedną toaletę, a obsługa wydziela po 3 pierogi. Po chwili dostajemy informację, że kolejna partia pierogów będzie za 40min. Nieporozumienie. Szkoda czasu na opisywanie innych anomalii, które mają tam miejsce. Przebieram się w czyste bibsy, obficie smaruję cztery litery, dopakowuję żele i napoje białkowe. Niestety kolejka do toalety zjada dużo czasu, ale wizyta jest niezbędna. Wychodząc łapię porcję jakiegoś ciasta żeby żołądek nie był wypełniony tylko żelową chemią. Po 50 minutach wkurzeni opuszczamy PK. Nie dość, że jesteśmy głodni i rozdrażnieni, to jeszcze tyle czasu poszło w błoto.  

    Na kolejny PK#5 Dąbrowa Biskupia (379km) wjeżdżamy o 00:13. Prędkość spadła do 26kmh – czuję, że nogi nie są tutaj ograniczeniem, upał zrobił swoje. Obsługa staje na głowie żeby każdy szybko dostał porcję ciepłego posiłku. Dwa ciepłe dania do wyboru, mnóstwo ludzi, ale jednocześnie brak kolejek. Prawdziwy pit-stop, czysto, elegancko, na talerzach. Przed budynkiem panowie sprawnie uzupełniają bidony – woda, woda z miętą, izotonik. Jest to bezapelacyjnie najlepszy punkt. Perfekcja, a  to ich debiut w tym temacie. Tu powinien być DPK! Wciągam ryż z porcją mięsa, uzupełniam bidony, zbieramy grupę – niestety długo się zbieramy, łącznie kolejne 30min ucieka.  

    Prędkość 26kmh przykleiła się do nas na dobre. Szkoda, bo od Piły do Łowicza jesteśmy na praktycznie płaskim odcinku trasy i moglibyśmy trochę poprawić wynik. Na PK#6 Kowal (433km) wtaczamy się po 18tu godzinach od startu, jest 02:52. Zaczyna mnie łapać sen, jednak power-nap na PK to kiepski pomysł, jest za głośno. 32min uciekają nie wiem kiedy. Właściwie to nie pamiętam za dużo z tego punktu. Wiem, że pochłonąłem szarlotkę, która za Gostyninem, w trybie pilnym, postanowiła opuścić mój system trawienny. Rozglądamy się za przystankiem żeby uciąć power-nap’a. Wiem po MPP, że to na mnie dobrze działa. Grupa nie jest przekonana. Dochodzi godzina 5ta. Podczas Pierścienia Tysiąca Jezior w tym roku sprawdziłem, że power-nap po 6ej nie ma sensu. Mój zegar biologiczny i rosnący ruch na lokalnych drogach utrzymują mnie w czujności. Na szczęście 4:45 znajdujemy przystanek poza zabudowaniami. W pięciu ściskamy się na ławce w pozycji siedzącej. Kwadrans względnej ciszy i odpoczynku dla oczu podładowuje baterie. Czuję to dopiero po 30min od wznowienia jazdy – jak zawsze. Panowie twierdzą, że nic im to nie dało. Różnimy się i to jest piękne. 

    Do DPK#7 Łowicz (514km) dojeżdżamy o 7 rano. Tylko jeden kolega ma tutaj przepak. Czekamy aż się ogarnie, a warun do relaksu jest konkretny. Podpinam power bank, wciągam 3 porcje makaronu z mięsnym sosem, uzupełniam bidony, przebieram bibsy na „dzienne”, serwis smarowalniczy podwozia i na 10min kładę się na podłodze wielkiej sali OSiR. Nie zasypiam, ale daję mięśniom chwilę odpocząć. Łącznie spędzamy tam godzinę. Tym razem patrzę na to jak na inwestycję. Czuję się lepiej, nowy dzień – nowe otwarcie. Jest godzina 08:00, ruszamy. 

    Za Łowiczem teren już zaczyna falować. Mimo, że staramy się trzymać minimum 28kmh to średnia spada do 25kmh. Jest niedziela, słońce świecąc zza chmur wydaje się mniej dokuczać. Jednak szybko powietrze nagrzewa się do 32-36C. Jest dziwnie duszno, głowy się gotują. Wymusza to na nas krótki 10min pit-stop w sklepie w Rękawcu. Dojeżdża do nas kilka osób, grupa się powiększa. Ciśniemy dalej i o 12:40 wjeżdżamy na PK#8 Opoczno (611km), gdzie 40min zajmuje nam schłodzenie i ogarnięcie standardowej procedury. Czujemy jak mocno upał daje nam w kość. 

dzień #2, na wyjeździe z PK#8 Opoczno; fot.Obsługa PK#8

   Coraz bardziej pagórkowata droga do PK#9 Starachowice (692km) oraz niezmiennie doskwierający upał niestety wymuszają na nas kolejne nieplanowane zatrzymanie w sklepie. Przed samym punktem mylę skręt i w efekcie na PK9 wtaczam się o 17:06. Temperatura delikatnie zaczyna spadać, chociaż nadal jest ponad 30C. Mam problem z power bankiem – nie ładuje mi telefonu, próby podładowania podczas jazdy nic nie dały. Od 20km telefon mam wyłączony i zostało mi 10% baterii. Na punkcie wpinam się bezpośrednio do gniazdka – ładowanie ruszyło, ufff. Procedura punktowa zajmuje nam 40min. To pozwala na podładowanie telefonu do 30%. O dziwo po podłączeniu do power banku tym razem ładowanie działa. Ruszamy dalej. 

    Odcinek do Opatowa pokonujemy po gładkich asfaltach przecinających pola, podziwiając w oddali Łysą Górę, za którą chowa się słońce. Najładniejszy odcinek trasy. Niestety szybko zderzamy się z sensorycznie biegunowo odległą sytuacją - gdy tylko zachodzi słońce, dojeżdżamy do Opatowa i tym samym drogi krajowej numer 9. Jazda przez 30km poboczem, miejscami zanikającym do zera (wysepki i wyjazdy z lokalnych dróg) obok samochodów pędzących ponad 100kmh jest mało bezpieczna i dosyć męcząca. Jedynie spadek temperatury poprawia humor. Do DPK#10 Sandomierz (772km) dojeżdżamy po 36h 25min od startu, czyli o 21:10. Koledzy planują tutaj 30min drzemki. Ja nie czuję takiej potrzeby. Pochłaniam trzy porcje makaronu, toaleta, napełniam bidon. Korzystam z mojego przepaku –  dużo czasu poświęcam na decyzję co zabrać, a co zostawić w worku. Zmęczenie jednak wpływa na głowę i mózg nie pracuje wystarczająco szybko. Z jednej strony nie chciałbym żeby zabrakło mi „jedzenia” i ubrań (noc i góry przede mną), a z drugiej nie chcę targać pod górę niepotrzebnych kilogramów. Niby nie będą to wyszukane podjazdy, ale każdy kilogram spowalnia. Całość zajmuje mi 1h 10min. Koledzy z grupy jeszcze nie poszli na planowaną drzemkę. Trudno, jadę sam. Cały czas ktoś dojeżdża i odjeżdża, może skleję nową grupę. Ruszam o 22:20 w kierunku Łańcuta. 

    Początkowo dołączam do dwóch kolegów, jednak szybko uznaję, że mam siłę na mocniejszą jazdę. Wjeżdżając do miejscowości Trześń, na mostku spotykam kolejnego kolegę. Zatrzymuje mnie i pyta o punkt w Sandomierzu. Jak się okazuje pomylił trasę i minął punkt – 5km musi wracać. Przed Sokolnikami na środku drogi leży pies, a trzy inne chodzą przy poboczu. No to pięknie… sięgam po gaz pieprzowy do tylnej kieszonki. Nie ma… fuck! Przecież w Sandomierzu przebierając się na pewno wkładałem do kieszonki w koszulce. Jest! Schował się pod żelami. Przekładam do paśnika przy kierownicy i powoli przetaczam się obok psów. Nie mam pewności, ale możliwe, że to właśnie te psy zaatakowały później koleżankę Małgosię – zaliczyła przez to upadek i nie ukończyła wyścigu. Kolejne kilometry prowadzą przez zapewne piękny (za dnia) aksamitny odcinek asfaltu przez środek lasu. W nocy jednak jest on trochę przerażający. W obliczu zmęczenia moja wyobraźnia kreuje przeróżne krwawe wizje, gdy jadąc w samotności i słysząc trzaski poruszającej się zwierzyny od czasu do czasu widzę jak coś przebiega przez drogę. Adrenalina zmniejsza odczucie zmęczenia i prędkość jazdy oscyluje wokół 30kmh. Pogoda nie przeszkadza, las chroni od wiatru, a temperatura spadła do przyjemnych 22C. Mijam kolejne miejscowości i kolejnych kolarzy. Jadąc sprawdzam czy moi koledzy już się wyspali i ruszyli. Jadą! Szybko obliczam, że może dojadą do mnie w Łańcucie i znowu połączymy siły. Niestety od jakiegoś czasu coś niepokojącego zaczyna się dziać w moim żołądku. Czyżbym przesadził z makaronem w Sandomierzu ? Czy może jelita mają już dosyć chemicznych żeli? Do PK#11 Łańcut (871km) dojeżdżam o 02:14. Pędzę od razu do toalety. W żołądku się gotuje. Wykorzystuję chwilę “teoretycznej bezczynności”, aby sprawdzić tracking GPS. Okazuje się, że moja grupa za chwilę wjedzie na punkt. Trochę się dziwię, bo sam pokonałem ten odcinek całkiem sprawnie. Nadrobili tak szybko 30-40min? Korzystam z okazji i odświeżam warstwę kremu. Pochłaniam dwie kanapki, przygotowuję bidony. Patrzę w tracking i moja grupa jest już za punktem. Byli tu w ogóle? Ile ja na sedesie przesiedziałem ? Przyspieszam ruchy i zaczynam ich gonić. Wizyta w Łańcucie zajęła mi 25 minut. Cisnę mocno, odświeżam tracking. Zaczynają się już konkretne pagórki. W międzyczasie otrzymuję od kolegi, który mieszka w innej strefie czasowej, kilka wiadomości zagrzewających do walki. Jedna z nich sugeruje, że moja grupa właśnie wtacza się do Łańcuta… what ? to kogo ja gonię od 20km?  Postanawiam olać tracking, jadę swoje. Noga podaje, szczęśliwie żołądek się uspokoił. Pochłaniam węgle i cisnę. Zostało niewiele ponad 100km po górach. Tuż przed Birczą spotykam Bartosza, z którym znamy się z Pięknego Zachodu - przejechaliśmy wspólnie sporą część trasy. Bartosz jedzie SOLO, więc nie możemy za długo pogadać. Pierwszy raz odczuwam chłód, to przez poranną bieszczadzką mgłę, która skutecznie moczy moją bluzę. 

    Do PK#12 Bircza (929km) dojeżdżam o 05:15. Ciekawy to punkt, ciepła zupka i uzupełnienie bidonów w jednym miejscu, ale toaleta już w osobnym budynku po drugiej stronie ulicy. Kto się mocno najadł ten szybko pożałował. Od razu po wyjeździe zaczyna się seria podjazdów z całkiem intensywnymi odcinkami. Spotykam tu kolejnych znajomych z Pięknego Zachodu – Mariusza i Renatę. Przed wznowieniem jazdy częstuję kroplami do oczu i tabletką przeciwbólową kolarkę jadącą z Cezarym, którzy ruszają z Birczy 10min przede mną. Bartosz ruszył jeszcze wcześniej. Jak zwykle, czas na PK moja pięta achillesowa – 30min uciekło nie wiem gdzie… 

takie tam za Krościenkiem

    Ruszam i pierwsze mocniejsze górki, pierwsze konkretne zadyszki. Od razu robi się cieplej. Dobrze, że to godziny poranne. Przy 30C radość z podjazdów byłaby znikoma. Czuję, że mam siłę. Nogi dają radę, a niższa temperatura jest przyjemną odmianą po ostatnich dwóch dniach w piekarniku. Gonię Cezarego, szukam dodatkowego celu żeby nie odpuszczać tempa na ostatnim odcinku. Przed Krościenkiem ponownie dojeżdżam do Bartosza. Znowu chwilę gadamy, Cezary minął go jakieś 5-7min wcześniej. No to cisnę dalej. Już wiem, że skorzystam z opcji pominięcia PK#13 Ustrzyki Dolne (970km)  – jedyny PK, który organizator pozwolił odpuścić. Na pozostałe PK można było nie wchodzić, ale tracker musiał odbić lokalizację tuż przy danym PK – oznaczało to minimum 10sek zatrzymania, żeby mieć pewność złapania pozycji przez GPS. Planuję tuż przed Ustrzykami odwiedzić znaną mi Żabkę. Tam zatankuję i od razu atakuję podjazdy. O 07:30 wpadam do tejże Ropuchy i w cztery minuty ogarniam bidony wciskając do gardła dwa 7days’y z nadzieją, że nie wypadną tą samą drogą podczas pompowania pod górę.  

    Na ostatni (46km) odcinek wyjeżdżam nastawiony na ostrą walkę z podjazdami. Nie patrzę już na VAM’y. „Jadę wszystko” co mam w nogach. W efekcie wyprzedzam jeszcze 7-10 zawodników, mnie wyprzedzają samochody budowlane i ciężarówki. Nie jest ultrabezpiecznie, ale nic z tym nie zrobię. Cieszę się, że skurcze mnie nie łapią (jak na: Beskidzkim Zbóju lub MPP) - konsekwentne od 950km ćpanie soli kuchennej opłaciło się. 

    Do mety dojeżdżam w poniedziałek, 26.08.2024 o 09:30, czyli po 48h 45min od startu. Marzenie o ukończeniu BBT zostaje spełnione. Jestem zmęczony, ale nie upodlony.  

mam to! fot. Mieczysław
W liczbach: 

czas brutto: 48h 45min 
czas netto: 40h 8min 
czas na PK i zatrzymania: 17,7%  😒
m-sce kat. OPEN: 50/282 (55 DNF) 
m-sce kat. GENERAL: 73/368  (71 DNF) 

 3. Analiza i wnioski 

  • ukończenie w czasie poniżej 55h pozwoliło osiągnąć obydwa zakładane cele 
  • dalej muszę pracować nad czasem na PK – coraz częściej jestem zadowolony, ale nadal za dużo czasu ucieka 
  • za dużo sił dowiozłem na metę, można było mocniej deptać na początku - jazda z grupą jednak ma też swoje minusy -> dzisiaj gdybym miał decydować wybrałbym tryb SOLO – mimo wiatru i upału 
  • urwanie 48h pięknie by wyglądało

 

    Wszystkim śledzącym  na ekranach małożywiołowe przemieszczanie się kropki - serdecznie dziękuję. Wiadomości ze wsparciem docierające różnymi kanałami pomagały dociskać, a wibracje telefonu i zegarka pobudzały neurony. Wydarzenie roku, marzenie i kolejny 1000 - wszystko to zaliczam na mojej checkliście. To był dobry sezon, do którego jak w poprzednich latach z super efektem przygotował mnie Trener Radek #ultratrack - dziękuję!